O autorze
środa, 04 kwietnia 2012
Przeprowadzka bloga

Od dłuższego czasu nosiłem się z tym zamiarem. Blox denerwował mnie coraz bardziej. 

Kiepską obsługą, niezbyt wygodnym interfejsem.  

Blog założyłem początkowo na próbę, minął rok i okazało się, że jednak wciąż mam chęć zapisywać "zrzuty wątroby".

Przesiadam się na wordpress.com, nowy adres to:

 

http://fronetyczny.wordpress.com/ 

 

Pod nowym adresem zarchiwizowałem wszystkie notki,  niestety nie udało mi się przenieść komentarzy. Jeżeli ktoś z wizytujących będzię to potrafił proszę o pomoc.

 

 

 

poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Endeckie ukąszenie

Na stronie Rozbratu ukazał się tekst Historia z „Kuriera Poznańskiego”. „Gazeta Wyborcza” promuje antysemicki dziennik. Autor tekstu - Jarosław Urbański zwraca uwagę na pewien pozornie niewinny precedens. W poznańskim dodatku "Gazety Wyborczej  w ramach cyklu "Tym żył Poznań" prezentowane są przedruki z przedwojennej prasy poznańskiej.

Co jest nagannego w przywoływaniu prasy z międzywojennej Polski? Dlaczego opór budzi cytowanie  "Kuriera Poznańskiego"?

Problemem w większości przypadków nie są fragmenty przedrukowywane przez lokalny dodatek GW. Ważniejsze jest to czego się nie dowiemy o profilu pisma i atmosferze przedwojennego Poznania.  Oprócz konstruowania obszarów wiedzy równie ważne jest konstruowanie obszarów niewiedzy. Oświetlone  obszary są równie ważne jak obszary, które pozostawimy w cieniu. Często jest cień tym głębszy i ciemniejszy, im jaśniej oświetlamy wybrane obszary.

Jarosław Urbański zwraca uwagę na to, o czym pisał "Kurier Poznański":

Według bowiem redaktorów „Kuriera Poznańskiego” Wielkopolanie bronią się „przed ponownem zażydzeniem naszej dzielnicy” o czym możemy przeczytać na łamach gazety w dniu 11 marca 1932 roku (nr 116). Jak się to przejawiało? Na wiele sposobów. Przykładowo: „Fryzjerstwo mieszkające w promieniu kilkunastu kilometrów od Kalisza, nawiedzane jest w ostatnim czasie przez natarczywe żydostwo…” – jak utrzymuje dziennik – czyli przez (w cudzysłowie) „uczciwych” dostawców (w cudzysłowie) „oryginalnych” (w cudzysłowie) „artykułów kosmetycznych i przyborów fryzjerskich” (nr 108 z dn. 07.03.1932 r.). W cudzysłowie ponieważ, jak wiadomo żyletki, brzytwy i kwiatowa woda kolońska były trefne, skoro oferował je Żyd. Albo np. w Poznaniu jedna z polskich firm, z siedzibą przy Placu Wolności, powierzyła kierowanie placówki Żydowi! (nr 122 z dn. 15.03.1932 r.) Oburzona była gazeta i właściciel nieruchomości. „Kurier…” przygląda się też innym regionom, np. „Zażydzeniu aptek górnośląskich” (nr 126 z dn. 17.03.1932 r.) i z niedowierzaniem dostrzega, że „W Polsce już obowiązują żydowskie święta!” jak donosił nagłówkiem na pierwszej stronie (nr 136 23.03.1932 r.). /pisownia oryginalna/

Taki obraz tego pisma nie pojawia się w przedrukowywanych fragmentach. Można stwierdzić, że to dobrze. GW nie powiela kliszy antysemickich. Jednak takie działanie ma swoją konsekwencję,  poznański oddział GW legitymizuje antysemicki dziennik. Wybierając "neutralne" informacje zafałszowuje obraz tak pisma jak i przedwojennego Poznania. Oddajmy ponownie głos J. Urbańskiemu: 

„Gazeta Wyborcza” swoimi publikacjami przypominającymi o, wydawałoby się, neutralnych z naszej perspektywy czasowej wydarzeniach, zamieszczanymi bez słowa komentarza, bagatelizuje problem pewnych ideologicznych dysproporcji i różnic. A tym samym, choć może nieświadomie, wzmacnia określone postawy i przekonania.  

Prezentacja pozornie neutralnych fragmentów z antysemickiego dziennika to  przykład banalizacji zła poprzez wyparcie go. Proces ten to czynność pozornie estetyczna, redakcyjna - odbywa się on na poziomie doboru fragmentów tekstu. Prawdopodobnie potencjalne konsekwencje nie są oczywiste i zrozumiałe dla osób odpowiedzialnych za rubrykę "Tym żył Poznań". 

Pierre Bourdieu wielokrotnie zwracał uwagę jak trudno zwalczyć wpływ "doxy", tego niewidocznego uwikłania w warunki, które Nas wytworzyły. Socjologia refleksyjna, socjoanaliza to trudny proces analizowania  własnego położenia i uwikłania społecznego. Bourdieu pokazywał też trudności z przekroczeniem owego uwikłania.

Redaktorzy lokalnego dodatku GW są jeszcze na początku tej drogi. Nie dotyczy jedynie to ich  stosunku do antysemityzmu ale także nieprzepracowanej mizoginii. Szczególnie gdy przedrukowują bez komentarza takie przedwojenne teksty (link zawdzięczam Jarosławowi Urbańskiemu). 

Nawrócenie prostytutki, uprawiającej od dłuższego czasu swój proceder, uważać można zgóry za bezcelowe gdyż dziewczyna nawykła do próżniaczego życia, strojenia się, kin i odwiedzania lokali nie zawróci tak łatwo z raz obranej drogi lenistwa i niemoralności. Jedynie młode dziewczyny, namówione nieraz do nierządu przez starsze prostytutki, można w niektórych wypadkach wyratować z tego bagna i sprowadzić na prawą drogę, o ile im się zapewni odpowiednią pracę i sposobnośc uczciwego życia. Takie to szlachetne zadanie spełnia właśnie zakład św. Elżbiety w Kiekrzu ,,Przystań", gdzie jest miejsce dla 40 dziewczyn, okazujących szczerą chęć poprawy. /pisownia oryginalna/ 

 

 

niedziela, 01 kwietnia 2012
Kasandra traci cierpliwość

/Poniżej krótka recenzja książki "Bunt Sieci" Edwina Bendyka. Książka ukaże się 4 kwietnia. Inne recenzje i możliwość podyskutowania z autorem na jego blogu "Antymatrix"/:

Książka „Bunt Sieci” to szybka interwencyjna wypowiedź, jej przesłanie można sprowadzić do jednej z moich ulubionych sentencji: Przyszłość już nie jest tym czym była kiedyś. Zdanie to wypowiedziała jedna z postaci w dość już zapomnianym filmie Harry Angel. Przekonanie o przeszłości, która runęła było artykułowane przez wielu, w tym także i przez Bendyka w jego wcześniejszych tekstach. Wydaje się, jednak, że robił on to ostrożniej, mając wciąż nadzieję na to, że coś dostrzeże na gruzach tego, co już zna.

Spór wokół ACTA spowodował, że przyszłość ujawniła swe nowe oblicze. W nowej książce Bendyka wyjątkowo silnie widać przekonanie, które najsilniej artykułował Immanuel Wallerstein, że żyjemy u kresu, w momencie rozchwiania struktur systemu, że przed nami moment bifurkacji, przejścia fazowego. Ta świadomość stania nad krawędzią nieznanego, widoczna jest w wielokrotnie ponawianym przez Bendyka pytaniu: Czy Polska przetrwa do 2030 roku?.

Kasandryczny ton przeplata się w tej książce z zawsze obecnymi w artykułach i książkach tego autora nadziejami demokratycznymi, lewicowymi splecionymi w jedno z ciągotami technokratycznymi. Pierwsza część książki napisana jest na „jednym oddechu”, szczególnie jej początek uwidacznia, że „Kasandra straciła cierpliwość”. Spory wokół ACTA ujawniły dobitnie głuchotę potencjalnych Agamemnonów. „Bunt sieci” to nie tylko zapis wydarzeń, zdanie relacji z manifestacji „wokół ACTA”  - tej wirtualnej wojny domowej. Dość paradoksalnie  aspekt ten zajmuje w książce stosunkowo mało miejsca.

Bendykowi wydarzenia te służą jak trampolina, odbija się on od nich i stara się szkicować diagnozę teraźniejszości oraz niepewnej przyszłości. Diagnoza ta ma być wezwaniem do aktywności politycznej. „Bunt sieci” to w  ujęciu Bendyka sygnał, że system się „przegrzał”, polska transformacja dobiegła pewnej fazy. Dłużej nie da się zignorować sprzeczności jej rozwoju. Pokazał on to poprzez analizę manifestu „dzieci sieci” (napisanego przez Piotra Czerskiego).

Bendyk w odróżnieniu od Orlińskiego i Leszczyńskiego, nie poszedł na łatwiznę skrytykowania tego w sumie dość słabego tekstu. Manifest „dzieci sieci” odczytywany w trybie „obiektywnym”, to znaczy jako tekst, który odzwierciedla w sensie dosłownym prawdę o pokoleniu „Internetu”, jest naiwny i nieprawdziwy. Nie trzeba wiele wysiłku by go skrytykować. Bendyk interpretuje go inaczej, widzi w nim raczej rodzaj pozoru, kreacji, może nawet opium internetowego ludu.

Przy takiej interpretacji manifestu, „dzieci sieci” chciałyby być takie jak w swej autodiagnozie. W praktyce jednak, są one sieciowe częściowo z przymusu, sieć to ich azyl, sierociniec. Na co dzień pałętają się one bezdomnie w zbyt dużym na nich płaszczu rozpadającej się nowoczesności. Mamione mitem edukacyjnym, odsiadują godziny na zjazdach studiów zaocznych. Studiują politologię, marketing i pedagogikę w rozpadających się biurowcach dawnych zakładów przemysłowych. Spóźniające się, rzadkie pociągi nie wywożą ich daleko z ich prowincjonalnych miast (z wymarłymi bibliotekami i kinami). Sieć była ich jedyną szansą, momentem gdzie mogli zrealizować (z rzadka) a przynajmniej zamarkować swoją kreatywność.

Książka Bendyka to przede wszystkim, opowieść o władzy i demokracji w społeczeństwie, które rozpięte jest pomiędzy sieciowymi wyzwaniami a chłopskim, folwarcznym dziedzictwem. Ten ostatni motyw, przywiązanie Bendyka do tezy, iż nasza kultura organizacyjna (na uczelniach, fabrykach, urzędach, korporacjach) jest przesiąknięta dziedzictwem pańszczyźnianego folwarku jest dla mnie  szczególnie ważna i trafna. „Bunt Sieci” to nie tylko czarnowidztwo, to też próba szkicowania, pokazywania nadchodzących możliwości. Dla Bendyka najważniejsza jest nadchodząca i możliwa fala nowej, drugiej industrializacji. W niej upatruje szansy dla Polski, choć dość pesymistycznie ocenia zdolność naszego kraju do osiągnięcia takiej samosterowności, aby na ów etap się „załapać”.

„Bunt Sieci” to wezwanie do władz, pytanie o odważną politykę, sprzeciw wobec neoliberalnej inercji z jaką mieliśmy do czynienia przez ostatnie lata. Sama książka jest jednak bardzo dwuznaczna, to manifest optymistycznego pesymisty. W czasie przyszłości, która nie jest już taka jak kiedyś, wzywa on aby wbrew pesymistycznej diagnozie podjąć próbę eksperymentu, zainicjować wydarzenie. Wydarzenie, które ową przyszłość nam określi, zbuduje. Bendyk pisze swoją książkę w nastroju osoby, która wie, że musimy równocześnie odważnie, realistycznie zdiagnozować naszą polską sytuację a równocześnie, gdzieś w tym wszystkim nie zatracić nadziei do zmiany.

Niestety jak dotychczas jest dokładnie odwrotnie, rządzący, dziennikarze, naukowcy w Polsce, mamią się lukrowanymi opowieściami o „zielonej wyspie na morzu kryzysu”, „boomie edukacyjnym”, mrzonkami o Euro 2012. Równocześnie Ci sami ludzie, nie tworzą żadnej wizji przyszłości, dryfując jedynie na falach neoliberalnych przemian rynkowych. Życie na kredyt, bycie rentierem marzycielem udawało się przez ostatnie 20 lat. Niedługo jednak meble, telewizory i książki po ciotce nieboszczce PRLu,  skończą się nie będzie z czym iść do lombardu,  obudzimy się wtedy na bardzo poważnym kacu. Bendyk gra rolę dobrego członka rodziny, który musi być „zły”, potrząsając tym marzycielem, aby obudził się na pięć minut przed katastrofą.

„Bunt Sieci” -  realne działania młodych ludzi, pokazują, zdaniem Bendyka, że wciąż mamy możliwą do odzyskania energię (może jej resztki?). Niestety na razie, działania władz, ich alienacja, upadek mediów papierowych, samozamknięcie rozpadającego się świata akademickiego nie wróżą nic dobrego. Bendyk ma pecha w jednym, pełniąc rolę Kasandry, musi w pewnym sensie zawsze przegrać. Jeśli jego proroctwa się nie spełnią, bo ludzie jednak cudem się zmobilizują, będzie oceniany jako niepotrzebny czarnowidz. Jeżeli czarne proroctwa się spełnią, wytykać mu będziemy nieuzasadnioną nadzieję.

To napięcie widać w samej konstrukcji książki. Rozpada się ona na dwie części dość ryzykownie ze sobą zestawione: wirtualna wojna domowa (cz. I) i wyznania kogniwojażera (cz. II). Pierwsza, zasadnicza część książki to nerwowy zapis wydarzeń i próba diagnozy. Część druga to kilka starszych tekstów napisanych często dosłownie tuż przed „wirtualną wojna domową”. Cześć pierwsza pokazuje mocno, jak w niektórych momentach teksty z części drugiej straciły na znaczeniu, nadzieje okazały się płonne. Z drugiej strony widać dzięki temu jeszcze bardziej potrzebę przeczytania części pierwszej.

                Kończąc muszę podzielić się jedną smutną refleksją, książka „Bunt Sieci” formalnie jest książką popularną napisaną przez dziennikarza, jest jednak z drugiej strony rzadkim przykładem tego, jak powinno uprawiać się nauki społeczne (czy szerzej humanistykę). Bendyk, znając literaturę, nie traci czasu na mielenie książkowych mądrości, chwyta on koncepty, starając się  złapać rzeczywistość „na gorąco”. Wydaje się, że książka Bendyka dobrze wypełnia program jakiego dla nauk społecznych w XXI wieku pragnął Immanuel Wallerstein – nazwał ów program „utopistyką” (Immanuel Wallerstein, Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku, Poznań 2008).

Utopistyka to poważna ocena alternatyw historycznych, ocena według materialnej racjonalności alternatywnych i możliwych systemów historycznych. Jest to trzeźwe, racjonalne i realistyczne oszacowanie systemów społecznych, narzucanych przez nie ograniczeń oraz obszarów otwartych na ludzką kreatywność.

Takie zadanie nauk społecznych (szerzej intelektualistów) jest nam potrzebne w naszej walce o przyszłość gdyż:

Nie chodzi o doskonałą (i nieuchronną) przyszłość, ale o przyszłość alternatywną, miarodajnie lepszą i historycznie możliwą. Jest to więc zadanie związane jednocześnie z nauką, polityką i etyką.

/Oczywiście, można książkę Bendyka  zrecenzować w trybie akademicko-czepliwym, ale pozycja ta jest interwencją publiczną, głosem do wybrzmienia w pełni w otoczeniu innych głosów w debacie publicznym. I do takiej lektury zachęcam./

 (EDIT) Po komentarzu Krzysztofa Nawratka, przyznam się, że początkowo chciałem recenzji nadać bardziej jednoznaczny tytuł: „Kasandryczny techno-optymista traci cierpliwość”

sobota, 31 marca 2012
Dwa cytaty

Na dziś mam dla Was dwa cytaty, pokazujące pięknie banalność zła. Posłużenie się odwołaniem do Arendt nieprzypadkowe.

Pierwszy cytat, oczywisty:

"Z zabijaniem Żydów nie miałem nic wspólnego. Nigdy nie zabiłem 
żadnego Żyda ani nie-Żyda: nigdy nie zabiłem żadnego człowieka.

Nigdy nie wydałem  rozkazu zabicia Żyda lub nie-Żyda, ja po prostu tego nie zrobiłem."

Cytat klasyczny, to Eichmann, cytowany w książce "Eichmann w Jerozolimie" Hanny Arendt.

Przed drugim cytatem, muszę dać zastrzeżenie, wiem, że to absolutnie nie ta sama skala zjawisk. Nie chce być zrozumiany jako ktoś kto łatwo rzuca Godwinem
 

Oto ten cytat:

 

 "Jeśli w Kiejkutach doszło do haniebnych tortur, to winni temu są torturujący, a nie Miller i Siemiątkowski. Oni, współpracując z administracją USA, kierowali się polską racją stanu. Nie należy robić z nich kozłów ofiarnych."

 

 

Tak to Adam Michnik, dziś na stronie wyborcza.pl (nie wiem czy poszło na papierze). Ciekawe kiedy Adam Michnik, postawi granice, kiedy uzna, że dalsze legitymizowanie zbrodniczych postępków władzy nie jest możliwe do tolerowania? Ciekawe czy jest zdolny taką granicę postawić w ogóle kiedy władza jest "nasza" a zbrodnie przez nią popełniane dotyczą "Innych". 

W razie nadmiaru gotówki, wejdźcie na stronę  Andy'ego Worthingtona, kupcie jego książki i filmy. Może gdy Adam Michnik przeczyta biografię każdego więźnia w Guantanamo, zadziała coś, na co miał nadzieję Levinas gdy pisał, że:

 

"Epifania twarzy jako twarzy otwiera na człowieczeństwo"

 / E. Lévinas, Całość i Nieskończoność, tł. M. Kowalska, Warszawa 1998, s. 252./

 

 

 

p.s. gdyby ktoś miał jednak problem z prawem Godwina,  może usprawiedliwi mnie choć trochę fakt, że autor drugiego cytatu nie zawahał się łatwej reductio ad Hitlerium et Stalinum:

"Nie powinno się mówić źle o zmarłych, ale o tych zmarłych - jak Hitler, Mussolini, Ceauescu i ben Laden - należy mówić źle i dużo."

 

 

wtorek, 27 marca 2012
Chory tekst o Afryce

Dzięki Bartowi dowiedziałem się o tekście "Chora Afryka". Tekst jest świetnym przykładem sprytnej strategii wymieszania prawd, półprawd i oczywistych kłamstw. Dzięki temu jest on  świetnie przystosowany do odbiorcy  czasów "uniwersytetu youtube'a".

Przyjrzyjmy się dokładniej temu tekstowi. 

Wydaje się, że stworzony przez mass media obraz Afryki jako „Parku Narodowego AIDS” – jako „wielkiego słonia chorego na AIDS” – sprawił, że w pewnym momencie Czarny Ląd praktycznie przestał mieć w oczach światowej opinii publicznej inne problemy poza AIDS.  

 Powyższe stwierdzenie jest oczywiście słuszne, dokładnie to miał na myśli Binyavanga Wainaina pokazując jak nie pisać o Afryce, gdzie kontynent jawi Nam się przez pryzmat wychudzonych dzieci z kałasznikowem na szyi i AIDS.

Obecny kryzys Afryki jest efektem i świadectwem klęski polityki społeczno-ekonomicznej ostatnich dziesięcioleci prowadzonej z jednej strony przez elity afrykańskie, a z drugiej przez elity USA i Europy Zachodniej. Afryka była bowiem dla jednych i dla drugich terenem inżynierii ekonomicznej, socjalnej i ekologicznej, której niszczące skutki dzisiaj się ujawniają w całej pełni.

Powyższy cytat to kłamstwa i półprawdy. Po pierwsze zniknięto setki lat kolonializmu i niewolnictwa, która zniszczyła struktury społeczne, ekonomiczne i kulturowe w Afryce. Zniknięto też kapitalizm, który przez ostatnie 500 lat był i jest koniecznym tłem wszelkich analiz tego co zdarzyło się w Afryce. Przede wszystkim chodzi  o tzw. "trójkąt atlantycki", który był "silnikiem" nowoczesności europejskiej jak i światowej. Zniknięto też "zimną wojnę" i to, że Afryka jak i cały tzw.Trzeci Świat był tej wojny poligonem.  

„Zielona Rewolucja”, lansowana przez ekspertów od pomocy i organizacje międzynarodowe, polegała na wprowadzeniu przemysłowych metod w rolnictwie w celu zwiększenia plonów. Za kredyty z Banku Światowego siano wysoko wydajne gatunki (ryż, kukurydzę, pszenicę), importowano nawozy sztuczne, budowano pompy motorowe i zapory wodne.

Tekst dalej wylicza złe konsekwencje tego faktu, wysychanie źródeł, zniszczenie sawanny, etc.

Znów zniknięto dopłaty do rolnictwa w UE i USA (bawełna!), co powoduje zaburzenie cen rynku żywności. Co więcej spirala długów powoduje, że podwyższenie cen żywności globalnie powoduje wzrost napięć politycznych, czego przykładem jest tzw."arabska wiosna". Ponadto pominięto w ogóle kapitalistyczne tło tego problemu (odsyłam do linkowanej książki Waldena Bello "Wojny żywnościowe").

Do skutków rabunkowej gospodarki lasów tropikalnych w czasach kolonialnych doszła błędna polityka rolna na obszarach sawann. W ramach industrializacji i chemizacji rolnictwa stale rósł w Afryce import niskiej jakości (niekiedy zakazanych na Zachodzie ze względu na normy ochrony środowiska) pestycydów, herbicydów i innych środków chemicznych przeciw bakteriom, grzybom, robakom, ślimakom, gryzoniom, przynosząc fatalne skutki dla środowiska naturalnego i co za tym idzie pogorszenie sytuacji zdrowotnej.

Znów zniknięto malarię i inne choroby, które przy okazji zostały dzięki tym wstrętnym narzędziom postępu ograniczone. Dobrze widać to w historii malarii i DDT, choroba została właściwie w pełni zwalczona w obrębie Zachodu a w Afryce jest zabójcą poważniejszym niż AIDS. Oczywiście DDT dziś nie jest rozwiązaniem oczywistym i przyjmowanym bez obiekcji.

Sytuację, do jakiej doprowadziły ekonomiczno-ekologiczne eksperymenty w Afryce, najlepiej ilustruje przykład Jeziora Wiktoria. (...)  W latach 50. i 60. zeszłego wieku europejscy „eksperci” wpuścili do jeziora okonie nilowe. Ten projekt wspierany przez Światową Organizację Wyżywienia (FAO) miał polepszyć zaopatrzenie ludności w białko. 

Znów przekłamania,  nie jest pewne kto wpuścił okonia nilowego, to po pierwsze. Po drugie okoń nilowy w Wiktorii to przemysł kapitalistyczny a nie działania agend ONZ-towskich, warto w tym miejscu obejrzeć słynny film "Koszmar Darwina" a o aspekcie ekologicznym przeczytać w książce "Wymarzone jezioro Darwina".

        Nie jest oczywiście tak, że za aktualny stan Afryki odpowiadają tylko socjalni inżynierowie z USA i Europy Zachodniej. Działali oni bowiem ręka w rękę z afrykańskimi elitami rządzącymi.

Czyli znów zniknięto kapitalizm a obwiniono "socjalnych" inżynierów. Afrykańskie elity rządzące są często bardzo poważnie  oderwane od swych społeczeństw, ale warto przypomnieć skąd się wzięły te elity, na przykład Idi Amin, wychowanek armii kolonialnej Wielkiej Brytanii. 

Ryszard Kapuściński: Idi Amin był przede wszystkim wychowankiem armii kolonialnej. Do służby w takich armiach wysyłano z metropolii zazwyczaj nieudaczników, ludzi, którym w swoich krajach się nie wiodło, nie potrafili się odnaleźć albo się nie nadawali, takich, których lepiej było się pozbyć. A w Afryce natychmiast stawali się królami życia. Dostawali awanse, władzę, wspaniałe rezydencje z basenami i służbą.

Niepodległość Afryki, która stawała się nieuchronna w latach 60., dla białych oficerów armii kolonialnych oznaczała groźbę utraty tych przywilejów, całego dorobku życia, jedynego dobrego miejsca pod słońcem. Nie byli w stanie – choć nierzadko próbowali, jak w Algierii – storpedować samego procesu niepodległości. Rozmaitymi sztuczkami robili wszystko, by w tych młodych, wolnych państwach nie tylko pozostać, ale być w nich niezastąpionymi.

Typowali więc do awansów ludzi trzeciego rzutu, niezbyt lotnych, ale posłusznych, swoich podoficerów, adiutantów, służbę, Mobutów, Bokassów czy takich jak Amin, który karierę w wojsku zaczął jako pomocnik kucharza. Wiedzieli, że ci podopieczni nic nie umieją, nierzadko nawet pisać i czytać, i że będą swoich protektorów potrzebować. Wierzyli też, że ich byli podwładni pozostaną im po staremu posłuszni. Chcieli dowieść, że bez nich nic nie da się zrobić, a więc muszą pozostać i zachować choć część starego życia.

Warto też przypomnieć sobie zapomniany już termin "elity kompradorskie", poszukiwania po polsku w google prowadzą w większości do stron prawicowych co dobrze pokazuje stan naszej powszechnej świadomości politycznej.

Ghana (Złote Wybrzeże zjednoczone z Togo) była w 1957 roku jednym z najbogatszych krajów Afryki, dysponowała rezerwami walutowymi w wysokości 481 milionów dolarów, co było wówczas bardzo dużą kwotą, miała rozwinięte i nowoczesne rolnictwo; dziś po latach nieudolnych rządów Partii Ludowej Kwame Nkrumaha nic z tego nie pozostało. W 1960 roku Ghana produkowała 440 000 ton kakao rocznie. Potem przyszła planowa gospodarka rolna, państwowy skup kakao po ustalonych cenach, kontrola cen, tworzenie „PGR-ów”. Na efekty nie trzeba było długo czekać: w 1978 roku produkcja kakao spadła do 270 000 ton rocznie, a w 1980 roku do 225 000 ton. W ciągu 20 lat nastąpił spadek produkcji kakao o połowę! 

Tu mamy stek kłamstw. Po pierwsze rządy Nkrumaha to industrializacja kraju, m.in. utworzenie jeziora Wolta, zapora ta do niedawna produkowała tyle energii, że Ghana był ciągle jej eksporterem,  oczywiście Nkrumah robił wiele błędów, wiele inicjatyw industrialnych było nieudanych i księżycowych. Ważna jednak uwaga, spadek produkcji kakao to głównie problem spekulacyjnej wojny jaką była metropolia i inne kraje Zachodu przyjęła z niepodległa Ghaną. Ponadto Nkrumah bezskutecznie zabiegał o pożyczki na rozwój kraju, po odrzuceniu przez UK i USA zintensyfikował swą współpracę z blokiem wschodnim. To spowodowało, że został obalony przez zamach stanu inspirowany przez CIA. W tym samy czasie Tajwan otrzymywał około 100 mln ówczesnych dolarów pomocy bezzwrotnej miesięcznie, aby być "lotniskowcem" szantażującym Chiny kontynentalne. Ten fakt zostaje "zniknięty" i rozwój Tajwanu tłumaczy się tajemniczymi "wartościami azjatyckimi". Poniżej cytat z artykułu "Why the Asian Tigers have left Africa behind", z pisma Africawtach, sierpień 2010 s. 52-56).

 Amerykańskie darowizny dla Tajwanu wyglądają całkiem imponującą (1,48 miliarda dolarów), nawet na dzisiejsze warunki: 90,8 mln dol. było danych w 1951 r., 75,8 mln. w 1952, 100,3 mln. w 1953, 108,3 mln. w 1954, 132 mln w 1955, 101,6 mln w 1956, 108,1 mln w 1957, 81,6 mln w 1958, 128,9 mln w 1959, 101,1 mln w 1960, 94,2 mln w 1961, 65,9 mln w 1962, 115,3 mln w 1963, 83,9 mln w 1964, 56,5 mln w 1965, 4,2 mln w 1966, 4,4 mln w 1967, 29,3 mln w 1968.

Całkiem imponująca pomoc finansowa, nie wiem dlaczego pomijana, jest ona przez autorów naszego tekstu, podobnie zreszta jak przez takich neo-weberystów jak Fukuyama, Huntington, czy Inglehart. Ale przyjrzyjmy się może jaką pomoc w tym czasie otrzymała Ghana, kraj, który w dokładnie tym samy okresie uzyskał niepodległość i przez część tego okresu rządził omawiany w tekście z "Nowych debat" Kwame Nkrumah. W 1958 roku Nkrumah poprosił USA o pożyczkę w wysokości 40 mln dol. na budowę tamy na rzece Volta (Ghana miała dołożyć własne 30 mln.) Ponadto planowane było zbudowanie huty aluminium, wówczas "cudownego" metalu, hitu eksportowego. Niestety przez 18 miesięcy nie Ghana nie uzyskała pożyczki, program industrializacji osłabł, tamę udało się dokończyć już po obaleniu Nkrumaha (przez CIA), wtedy dopiero USA i UK wspomogły Ghanę pożyczką 35 mln. dolarów. 

Jeżeli rządowi Nkrumaha udało się otworzyć 60 dużych fabryk w roku 1961, wyobraźmy sobie jak Ghana i Afryka wyglądałyby, gdyby Ameryka i  "prywatni inwestorzy z krajów rozwiniętych pomogli osiągnąć cel jakim była industrializacja kraju.

Przypomnijmy, że w tym sam czasie  stojący po dobrej stronie zimnowojennej bariery Tajwan dostaje setki dolarów darowizn.

Wróćmy do naszego tekstu z "Nowych debat": 

W latach 60. XX wieku zadłużenie państw Czarnej Afryki praktycznie nie istniało, dzisiaj to setki miliardów dolarów. 

To jest cytat, który mogę skomentować tylko w jeden sposób, proszę kupić książkę  Jeana Zieglera "Imperium hańby". Zadłużenie krajów Trzeciego Świata w sposób ciągły finansuje kraje Zachodu, ilość odsetek spłacana co roku przewyższa sumy wziętych kredytów, a także, znacznie przewyższa pomoc rozwojową. Skorzystajmy ze świetnej strony prowadzonej przez Koalicję na Rzecz Oddłużenia Krajów Trzeciego Świata. Odsyłam do raportu dostępnego online (pdf) w ktrym możemy przeczytać o praktykach wobec dłużników, gdzie pożyczkodawcy domagają się cięcia wydatków na i tak znikoma opiekę socjalną a "przez palce" patrzyli na fortuny dyktatorów np.  Mobutu Sese Seko. 

I ostatni cytat z omawianego tekstu, można by ich pewnie jeszcze przytoczyć więcej ale siły moje i koncentracja się powoli wyczerpują:

Należy tutaj także uwzględnić inne czynniki wpływające negatywnie na sytuację zdrowotną w Afryce: nadmierne masowe szczepienia, intensywna farmakologiczna immunizacja, rozwój czarnego rynku zakazanych, sfałszowanych, przeterminowanych, gorszej jakości leków, nadkonsumpcja antybiotyków i innych leków na drodze samoleczenia, często bez nadzoru lekarza i w kombinacji z innymi składnikami, upowszechnianie niebezpiecznych środków antykoncepcyjnych typu Norplant i Dopo-Provera, domowe aborcje, wprowadzanie medycyny inwazyjnej (zastrzyki, operacje, transfuzje) w warunkach niedostatecznej higieny (ocenia się, że w Afryce 80% jednorazowych strzykawek używanych jest wielokrotnie), słabej infrastruktury medycznej, braku wykwalifikowanego personelu. 

Cały ten cytat to właściwie pole dla Sporothirx i Barta, mamy tu mambo dżambo konserwatywne wymieszane z denializmem szczepionkowym, katolickim oszołomstwem antyaborcyjnym i anty-antykoncepcyjnym.

Skupię się tylko na jednym motywie "nadmiernych masowych szczepień". Najpierw odsyłam do strony na której możecie sobie obejrzeć ładną interaktywną mapkę o szczepieniach w Afryce. Przy okazji w powyższym cytacie ładnie widać sprzeczności w myśleniu antyszczepionkowców, jednym z argumentów jest to, ze wzrost higieny powoduje, iż szczepienia nie są już dłużej potrzebne, w cytacie powyżej mamy i nadmiar szczepień i zbyt mało higieny.

Chciałbym tylko aby autorzy tekstu wyjaśnili zgrozę masowych szczepień osobom z rozsianych po całej Afryce stowarzyszeń, zrzeszeń osób po polio, które próbują radzić sobie z życiem po tej ciężkiej chorobie. Najbardziej znanym przykładem są członkowie zespołu Staff Benda Bililiy, którzy koncertowali też w Polsce.

 

Nie rozpisując się (nie mam  cierpliwości Barta) zwrócę uwagę na mały raport WHO. W cytacie powyższym jest jak zwykle "ziarno prawdy" tzn. medycyna zachodnia w tym szczepionki, mogą być postrzegane (i bywają) jako zachodnie wynalazki i dalszy ciąg kolonizacji czy neokolonizacji. Ostanie doniesienia WikiLeaks o tym jak sobie poczynała firma Pfizer w Nigerii pokazują, że nie można łatwo zignorować i odeprzeć tych lęków. 

Kończę ten tekst  przypomnieniem, że mój tekst ma prawie tak samo mało sensu jak ten tekst, który krytykuję, nie ma tekstów o afryce, Afryka to nie kraj, wypowiedzi "o Afryce" są równie sensowne jak wypowiedzi "o Ameryce", "o Azji".

Tekst w "nowych debatach" jest sprytnym pomieszaniem Cejrowskiego z Zeitgeistem, mieszanką krypto rasizmu, konserwatyzmu,  mambo dżambo Nowej Ery, polanego z wierzchu lukrem alterglobalistycznej troski. To niebezpieczna mieszanka,  widać ją choćby na Alterkino.org, gdzie filmy tropiące nadużycia władzy, świata finansów sąsiadują z Otchłanią. 

Nie każdy sprzeciw emancypuje, po omawianym tekście widać tym bardziej, że warto walczyć z Otchłanią w imię Rewolucji.  

 

 

 

piątek, 16 marca 2012
Autopromocja

Niedawno ukazała się moja książka (przerobiony doktorat). Oprócz dość scholastycznych analiz systemowych, jest to opowieść dość pesymistycznego modernisty.

Tak ją reklamuję na okładce.

Nowoczesność  późna – refleksywna musi uporać  się nie tylko z przemaganiem zewnętrznego, ale przede wszystkim ze zwalczaniem skutków ubocznych samej siebie. Nie oznacza to, iż owe przednowoczesne troski zniknęły, przestały istnieć. Samoorganizacja „materii”, nieludzka dynamika bytu nie znika. Receptą nie jest ucieczka w kwietystyczne zamknięcie w stylu Foucaulta i jego „estetyki egzystencji” czy Heideggera i jego Gelassenheit. Rozwiązaniem nie jest też ślepy decyzjonizm, „wola realizowania się we wszystkim”. Warunkiem sprawstwa w drugiej, refleksywnej  nowoczesności jest aktywna, samozarządzająca się zbiorowość, która zaryzykuje drogę w stronę innej nowoczesności. /Z zakończenia/

 

 Książka jest osadzona w socjologiczno - filozoficznym sosie, ale powinna dać się przeczytać. 

 

Nabyć można w księgarniach albo męczyć wydawnictwo. Niedługo też powinien być darmowy ebook dostępny tutaj.  

 

czwartek, 08 marca 2012
W Gazecie Wyborczej nie ma rasizmu

Jacek Pawlicki popisał się dziś pięknym rasistowskim tekścidełkiem, dostępnym na stronach wyborcza.pl reklamowanym też na gazecie.pl. Ten ostatni tekst jest dla utrudnienia autorstwa tajemniczego red.

Gazeta Wyborcza, która piórem Wrońskiego i Leszczyńskiego poucza z moralnych wyżyn "Pudelka", sama zaś dla zwiększenia klikalności nie ma jednak skrupułów aby  grać rasistowskimi kliszami. Nie dziwota w słynnej #kydrynskigate Gazeta Wyborcza wypadła dużo gorzej niż "Pudelek"

Wróćmy do dzisiejszego popisu, już lead jest świetny:

 Pochodząca z Czarnej Afryki para zamęczyła na śmierć 15-latka, chcąc wypędzić z niego złe duchy. To kolejny przypadek stosowania przez imigrantów w Wielkiej Brytanii zwyczajów i obrzędów z rodzimych krajów.

 Czarnej Afryki? Tylko skołtuniały umysł kogoś z dzikiego Wschodu mógł to wymyślić.

Czy istnieje jakiś powód inny niż bucerski rasizm żeby w XXI wieku używać frazy "Czarna Afryka". W tekście dowiadujemy się, że prawdopodobnie osoby te były z Konga, czyli jednak można zlokalizować ich kraj pochodzenia. Drogi Jacku Pawlicki pamiętaj "Afryka to nie kraj", a jak o Niej nie pisać spojrzyj tu.

Idźmy dalej, sam czyn jest  oczywiście przerażający, godny potępienia, to oczywiste. Tylko czy nasz dziennikarz ma jakieś kompetencje aby snuć domysły dotyczące Konga, imigracji, polityki multikulturalizmu, kolonizacji? 

Może zająć się czymś bliższym,  czemu Jacek Pawlicki nie zauważa jakie to dziwne obrzędy odbywają się w jego własnym kraju. 

Oto kilka miesięcy temu umarł w Poznaniu egzorcysta, jak opisano to wydarzenie, czy Jacek Pawlicki z wypiekami na twarzy podniecał się dziką wielkopolską, czy jego koleżanki i koledzy urządzili wyprawę etnologiczną śladami dzikich wielkopolskich obrzędów? Spójrzmy na cytaty.

Najpierw lead:

W Poznaniu, we wtorek późnym wieczorem, zmarł ks. prałat Marian Piątkowski, egzorcysta, kapłan o niezwykłym charyzmacie, długoletni spowiednik i ojciec duchowny poznańskich kleryków. W ostatnich latach ks. Piątkowski koordynował posługę duszpasterską wszystkich polskich egzorcystów

A tu odrobinkę więcej:

Jeszcze w 2009 roku wygłosił na Wydziale Teologicznym UAM w Poznaniu wykład na temat egzorcyzmów w auli po brzegi wypełnionej słuchaczami.

Ks. Piątkowskiego do koordynowania środowiskiem polskich egzorcystów wyznaczył Episkopat. Kapłan niechętnie rozmawiał z dziennikarzami. Z nielicznych wypowiedzi jawi się obraz kapłana, który każdego wieczoru czekał na telefony od osób, które nie chcą poddać się szatanowi, a odczuwają jego wpływ. Miesięcznie zgłaszało się do niego ponad 20 osób. - Ludzie są skołatani problemami rodzinnymi i wychowawczymi. Potrzebują ukojenia, modlitewnego wsparcia, takiej religijnej psychoterapii. Inni słyszą głosy, dziwne hałasy, kroki, chociaż nie są psychicznie chorzy. Są dręczeni i zniewoleni przez szatana - tłumaczył swoją posługę ks. Piątkowski.

 Mam nadzieję, że polska emigracja nie przywlecze do Wielkiej Brytanii swoich dziwacznych obrzędów, bo Jacek Pawlicki będzie musiał donosić z Londynu powtarzając za "Daily Telegraph". Choć może gdyby chciał już dziś mógłby opisać nasze polskie dziwaczne upodobanie do żywienia się łabędziami.

Wróćmy do naszych egzorcystów, jeszcze kilka cytatów z Gazety Wyborczej, wybaczcie ale nie mam dziś sił wchodzić na strony katolickie i pluskać się w Otchłani. Pozostańmy przy doniesieniach w mejnstrimie.

 - Widzę tutaj tłum młodzieży, bo temat opętania jest dzisiaj modny. A naprawdę ludzie nie wiedzą, czego mogą się po takim spotkaniu spodziewać - uważa ks. Grzegorz, jeden z uczestników spotkania.

W panelu dyskusyjnym wzięli udział: jezuita Aleksander Posacki, demonolog oraz Robert Moczulski, animator modlitwy Ruchu Światło-Życie, który modlitwą wspiera egzorcystów.

 Gdzie byłeś Jacku Pawlicki, gdzie twe ostre krytyczne piór, czemu nie tropisz wynaturzeń kulturowych  i nie sięgasz do przeszłości.

Kolejne kilka cytatów:

Ok. 300 osób spotkało się w jasnogórskim sanktuarium na Europejskiej Konferencji Międzynarodowego Stowarzyszenia ds. Posługi Uwalniania. To już trzecie podobne spotkanie egzorcystów i pomagających im osób na Jasnej Górze.(...)

Egzorcyzm to obrzęd liturgiczny, który poprzez wykorzystanie urzędu kapłańskiej posługi i urzeczywistnienie w ten sposób obecności Chrystusa odrzuca złe duchy i ogranicza wpływ ich działania. Egzorcyzmy modlitewne to prośby do Boga, Maryi lub świętych, aby odsunęli działanie złego ducha od danego człowieka. Egzorcyzmy rozkazujące to rozkazy dawane przez upoważnioną przez biskupa osobę, by zły duch opuścił opętanego.

Przy stwierdzonym opętaniu przez złego ducha, egzorcyzmy mogą odprawiać tylko egzorcyści mianowani na stałe przez biskupa. Wszelkie inne egzorcyzmy, tzw. modlitwy o uwolnienie - w sytuacjach gdy nie zostaje stwierdzone opętanie, a jedynie widoczne są wpływy działalności złych duchów - może wykonywać każdy kapłan, także przy pomocy osób świeckich.

 Jednym z celów spotkań egzorcystów jest odmitologizowanie posługi uwalniania od złych duchów, która - jak argumentują - nadal bywa traktowana niepoważnie. Uczestnicy przypominają m.in. że polskie tłumaczenie zaakceptowanej w 1998 r. przez papieża księgi liturgicznej egzorcyzmów, w 2001 r. zostało też podpisane przez kardynała Glempa i Konferencję Episkopatu Polski.

Uwaga,  wbrew moim insynuacjom, Jacek Pawlicki jednak stoi na straży, czujnym on jest i krytycznym. O to  wyszukać można zajawkę jego tekstu o egzorcyzmach w Watykanie.

Cały tekst na wyborcza.pl niestety płatny, ale mamy tam interesujący lead, (cały tekst przeklejony tu).  

 Brutalne zbrodnie członków sekt satanistycznych tak wstrząsnęły Watykanem, że postanowił wypowiedzieć im wojnę. Żołnierzy, czyli nowoczesnych egzorcystów, ma wyszkolić papieski uniwersytet

A tu cytaty z Jacka Pawlickiego: 

Od kilku lat wyganianie szatana przestało być "wstydliwym" tematem w Kościele. W 1999 r. Watykan wydał zrewidowany porządek do egzorcyzmów z 1614 r. Choć rytuał jest jawny, egzorcyści nie dopuszczają, by stawały się widowiskiem. Na początku egzorcysta odprawia modlitwę wstępną, czyta wybrane psalmy, Nowy Testament, odmawia wyznanie wiary. Potem przychodzi kolej na rozkazanie złemu duchowi opuszczenia osoby opętanej. Może ona wówczas zachowywać się jak mała Regan z filmu "Ezgorcysta" Williama Friedkina z 1973 r., tzn. ciskać się, mówić różnymi językami, przeklinać, wić się w konwulsjach. Nowa formuła przewiduje, że egzorcysta, odmawiając kluczowe słowa "ex cruce Domini" (z Krzyża Pańskiego), położy końcówkę stuły na szyi osoby opętanej, a prawą rękę na jej głowie. (...)

Kilka lat temu Kościół w Polsce organizował seminaria poświęcone egzorcyzmom na Akademii Papieskiej w Krakowie. Biskup Tadeusz Pieronek powiedział nam, że sobie tego nie przypomina, ale jeśli renomowane uczelnie w Europie stać na takie kursy, to nie widzi żadnego problemu.

Fakt, że w Polsce odbywają się kursy egzorcyzmów, potwierdza ksiądz profesor Marian Piątkowski, egzorcysta biskupi z Poznania i koordynator wszystkich egzorcystów działających w Polsce. - Mamy takie rzeczy - powiedział w rozmowie z "Gazetą", zastrzegając jednak, że nie może mówić o szczegółach.

Zapotrzebowanie na egzorcystów w Polsce rośnie. Dziś mamy ich kilkudziesięciu (jednego - dwóch w diecezji), choć w 1998 roku było ich tylko kilkunastu. Jak mówią wtajemniczeni, liczba egzorcystów zależy od zapotrzebowania na nich - a te najwyraźniej rośnie.

A jak wyglądają przeciwnicy? Szacuje się, że Polsce aktywnie działa ok. 20 tys. wyznawców kultu szatana. Największe ośrodki to: Gdańsk, Szczecin, Wrocław, Warszawa, Łódź i Kraków. Polski przekład "Czarnej Biblii" pióra jednego z założycieli satanizmu Amerykanina węgierskiego pochodzenia Antona Szandora La Veya jest dostępny w internecie. W Polsce działa dziesięciu satanistycznych kapłanów namaszczonych przez "czarnego papieża" La Veya. 

 

 Egzorcyści jak widać egzorcystom nierówni, jeżeli Ci z Watykanu są żołnierzami to kim byli owi nieszczęśnicy z Londynu, konkurencją? partyzantką, nie mieli licencji? Czy to świat jak z powieści Siergieja Łukjanienki o dziennym i nocnym patrolu? A opisana para Kongijczyków nie miała po prostu watykańskiej rejestracji i jako działająca poza umową/paktem musi być potępiona.

A na zakończenie polecam małe ćwiczenie z symetrii:

 

 

 (EDIT) dopiero po napisaniu notki zauważyłem artykuł z serii "prawda leży po środku" o egzorcyzmach w dzisiejszej GW. 

(EDIT 2) ja też zawiniłem,  nie sprawdziłem czy para bohaterów z artykułu Pawlickiego jest z Konga, czy z Demokratycznej Republiki Konga. Jeśli ktoś dociekliwy proszę o wynik poszukiwań w komentarzu.

 

niedziela, 26 lutego 2012
Kiedy umrze ostatni inżynier

Jakiś czas temu przeczytałem obszerny tom zatytułowany: Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć, autorstwa Paolo Bacigalupiego. Całość tomu składa się z opowiadań i tytułowej powieść "Nakręcana dziewczyna". Sporo tam wątków, ekologicznych, biopunkowa, intrygująca ontologia świata, deglobalizacja oraz nakręcany, mechaniczny świat, który przypomniał mi zarwaną noc przy "Syberii".

Mnie uderzył motyw z dwóch opowiadań: "Pompa nr 6" i "Paszo". Oba opowiadania są w dużej mierze opowieścią o technologii, zagrożeniu i nadziei jaką ze sobą ona niesie.

W "Pompie nr 6" technologia to coś, co działa siłą rozpędu. Konsumpcyjny, hedonistyczny świat oddzielił się od tego, co go umożliwiło. Obumierające cielsko Nowego Jorku przed zalaniem chroni kilka wysłużonych pomp, których dogląda bohater opowiadania. On sam nie jest w sumie inżynierem, ale jest jedną z ostatnich osób, które miała kontakt z prawdziwym inżynierem. Nasz bohater narysowany jest dość podobnie do złotych rączek tak typowych u Philipa K. Dicka. Pojawia się nawet podobnie zarysowany moment mizoginiczny. Ale to margines.

Osią opowiadania jest awaria tytułowej pompy nr 6. Bohater odbywa długą wędrówkę w poszukiwaniu schematów naprawczych, nikt ich jednak nie zna. Wędrówka po rozpadającym uniwersytecie z kopulującą i pijąca bracią studencką wygląda momentami jak wyjęta z polskiej fantastyki (tej ze stajni Fabryki Słów). Faktycznie Bacigalupi jest konserwatywny, jednak czytelników "Frondy" na dłuższą metę czeka rozczarowanie. W innych opowiadaniach jest wystarczająco dużo ekologii, refleksji społecznej, krytyki feudalizmu, nie etnocentrycznych lokacji, aby nasz autor nie został jednak ich ulubieńcem.

Jednak Bacigalupi jest jednak konserwatystą, dość szczególnym. Nie jest to technofob spod znaku Heideggera. Mimo tęsknych odrobinę fantazji o naturze ludzkiej ("Ludzie piasku i popiołu"), nie ma tam jednak łatwych rozwiązań w postaci religii czy łzawego humanizmu. W "Pompie nr 6" szczególnie uderza nostalgia za światem kiedy technika była częścią naszego życia, kiedy potrafiono naprawiać rzeczy, montować je, nakręcać. Inżynier to mityczna postać zapomnianej już historii.

Podobny konserwatyzm ale z nutą większego optymizmu obecny jest w opowiadaniu "Paszo". Akcja to nieokreślona bliżej afrykańska, prawdopodobnie subsaharyjska rzeczywistość. Tytułowy Paszo to rodzaj zakonu, którego celem jest dopilnowanie aby transfer wiedzy naukowej i technologicznej nie zagroził kruchej równowadze ekologicznej i kulturowej.

 Ponownie pojawia sie ów szczególny konserwatyzm, technika, postęp w tym opowiadania są czymś pozytywnym, zagrożeniem jest zbyt gwałtowna, rozsadzająca świat zmiana.

Te dwa opowiadania są mi bliskie, współgrają z moją diagnoza sytuacji. Z jednej stronie żyjemy w kraju w którym umarł już prawdopodobnie ostatni inżynier. W kraju w którym są setki kilometrów nieużywanych torów, pofabrycznych budynków, lokacji rodem z "Fallouta" (z wyjątkiem promieniowania). Żyjemy w ruinach, przechadzamy się w za dużym, oberwanym płaszczu dawnej nowoczesności. Jej symbolem jest Inżynier, który oprócz umiejętności niósł ze sobą naiwny, nowoczesny etos homo faber. Z drugiej strony nie radzimy sobie z innowacjami, które rozsadzają nasz ekosystem, naszą ekumenę. Rozsadzeni przez ciągła zmianę, nie nadążamy z oswajaniem naszej technaukowej rzeczywistości. Reakcją na to są antyszczepionkowcy, Nowy Porządek Świata, moczopijcy i wyznawcy szemranych mistrzów.

Rozwiązanie, które proponują te dwa opowiadania jest równocześnie snem o postępie (nostalgiczny inżynier i utracona nowoczesność) z przestrogą, wezwaniem do kontroli (Paszo).

I tak bezkonkluzywnie postępowo i konserwatywnie zakończę.

 

 

 

niedziela, 19 lutego 2012
Radość paranoi

Myślenie paranoiczne jest świetne. Philip K. Dick uważał zresztą je za bardzo naturalne, może nawet przydatne ewolucyjnie do pewnego stopnia, małpa paranoiczna widząca w krzaku oczy miała większa szansę przeżyć niż ta beztroska (nie pamiętam dokładnego cytatu, więc musicie zaufać mojej pamięci). 

Paranoja to też podstawowa umiejętność współczesnego naukowca od ścisłowca poprzez społeczniaka i humanistę. Jak paranoicznym trzeba być żeby odnaleźć połączenia pomiędzy niekształtną masą na szalce Petriego a guzem mózgu, spadającymi jabłkami a oddziaływaniem w kosmosie, o interpretacjach w naukach społecznych i humanistycznych i ich paranojach nie wspominając. Sam pisząc doktorat o teoriach systemów społecznych ćwiczyłem nieustannie swą zdolność do "łączenia wszystkiego ze wszystkim" i to było dobre jak powiedział ktoś dawno temu, choć niekoniecznie był on z branży naukowej.

Ale ostrożnie, paranoja uwolniona  od jakikolwiek ograniczeń może Nas zaprowadzić bardzo daleko, w rejonu w których niekoniecznie chcielibyśmy się znaleźć. Możemy zawędrować daleko i nagle obudzić się  w brzozowym lasku,  pląsać wesoło pośród jaszczurów, gdzieś po drodze racząc się naftą z manierki.

 Paranoja kwitnie i ma się dobrze kiedy nie napotyka oporu, rozrasta się pięknie w zeszytach A4 żółknących na strychach i w szufladach, na stronach internetowych o designie rodem z lat 90-tych, czy w tym  pięknym pliku PDF.

Co wyróżnia naukowca z laboratorium, inżyniera od reszty paranoików? To zdolność do mobilizowania świata, zapakowania go nie tylko w słowa (te zniosą wiele, papier jest nie tylko cierpliwy ale i "rozciągliwy") ale zapakowanie go w nowy most, nowe lekarstwo, zmuszenie żeby świat "grał" na Naszych warunkach. Do tego trzeba kasy, współpracowników (nie ma pojedynczych ekspertów - pamiętajcie o Tesli), peer-review i  sprzętu, instrumentarium, którym zmusimy świat do współpracy. Praktykujących w laboratoriach  ściślaków tym momencie pozdrawiam i zazdroszczę tej radości "torturowania" świata, żeby wydusić coś z niego.

Brak laboratoriów i  oporu świata, kolegów i koleżanek i ich oporu, audytorium i jego oporu, tekstów  i oporu czytelników powoduje, że tak ładnie można obsunąć się w radość paranoi (spójrzcie co się dzieje z inżynierami poza ich polem). 

A na zabawę z radością  paranoi zapraszam tutaj:

 

 (edit) jeśli tubka nie działa dobrze możecie obejrzeć tutaj (przy okazji są tam też polskie napisy).

 

 

 

środa, 15 lutego 2012
Czekoladki z trupim nadzieniem

Dziś krótko chciałbym polecić lekturę za której nieznajomość będę karał banem. Tak będzie tylko w wypadku dyskusji na tematy dotyczące kolonializmu i tematów pokrewnych.

Książka ta to "Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce" Adama Hochschilda.

 

Książka ta jest wyprawą w samo jądro białości, chciwej, chrześcijańskiej Europy. 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6